MIŁOŚĆ, KTÓRA INSPIRUJE



To był czerwiec.
Robiło się coraz cieplej, ale nie czuło się niczego szczególnego. Żadnej magii wiszącej w powietrzu. W zasadzie w powietrzu wisiał. Kurz. Dworzec powoli wypełniał się wczasowiczami, turystami, plecakami, walizkami... Choć rok szkolny jeszcze dogorywał, już pierwsze obieżyświaty udawały się w podróż.
I my wybieraliśmy się na krótką wycieczkę, choć żadne z nas wtedy jeszcze nie wiedziało ani tego, że wybieramy się tam razem, ani że potrwa całe życie. Całe życie? Dobre sobie. Życie to mi przeleci przed oczami w szesnastą godzinę jazdy autokarem, myślałam. I choć parodniowy wyjazd do Brukseli autokarem pełnym ludzi nie brzmiał komfortowo, obuta w sandały na drewnianej podeszwie dzielnie dzierżyłam walizkę pełną zupełnie niepotrzebnych mi rzeczy i niecierpliwie wyglądałam pojazdu.


Nawet się nie przedstawił. Tylko jakoś tak dziwnie spojrzał, jakby z ukosa. Ja też spojrzałam, a co mi tam! I tak sobie spoglądaliśmy na siebie co chwilę, że niby przypadkiem, każde pogrążone w jakiejś bzdurnej rozmowie. 

Rozkojarzona i rozgorączkowana wyprawą prawie nie zauważyłam, że wszystkie bagaże są już załadowane. Wszystkie prócz mojego oczywiście. Upychanie betów zajęło mi kolejne kilka minut, co sprawiło, że zostało już tylko jedno wolne miejsce, nie miałam więc zbytniego wyboru i szybko klapnęłam na autokarowe siedzenie. Moja współpasażerka zajęła mnie rozmową i dopiero po długiej chwili zorientowałam się, kogo mam po prawej stronie - hej! wyrwało mi się głupio. Potem znów spojrzenia, nieśmiałe uśmiechy. Jakoś pragmatycznie chciałam zagaić, ale z mojego zainteresowania prawem karnym wyszedł podryw, jak na złość. 

Jakoś tak się złożyło, że i w restauracji usiedliśmy naprzeciwko. Choćby mnie ktoś kroił, nie pamiętam, co jedliśmy. Ani co piliśmy. Pamiętam, jak idąc potem wąskimi uliczkami Brukseli oglądałam się co chwilę za siebie. 

Potem wszyscy szli spać, ale nie ja. O nie. Nie po to męczyłam się tyle godzin na zepsutym siedzeniu wielkiego autokatu, żeby teraz trwonić cenny czas w hotelowym łóżku. Wyśpię się w Polsce. I jakoś tak znowu nam wyszło, że za kwadrans w hotelowym lobby. Noo, troszkę się spóźniłam, nie mogłam sobie odmówić. Poza tym na specjalne okazje potrzeba specjalnych przygotowań. A 25 minut to naprawdę mało czasu. Wybaczył. Zaczekał.

Późno już było, boczne ulice świeciły pustkami. Mogliśmy więc tańczyć na środku jezdni, chodnika... Potem rozmawiać na jakimś przystanku, z którego nie odjeżdżały żadne autobusy... Pierwszy pocałunek, pierwsze wspólne kroki w jednym kierunku.

Nasza wspólna podróż trwa do dziś i choć dawno wróciliśmy do codzienności, to wiele się zmieniło - teraz dzielimy wspólną codzienność. To nasze razem tak nas inspiruje, to siebie nawzajem podziwiamy, szanujemy i chcemy naśladować. I budować ze zdrowej cegły na dobrze ulokowanych fundamentach.




Wpis powstał w ramach Blogujemy z Uczuciem - Wyzwania dla Zakochanych Blogerów. Zachęcam do wzięcia udziału - może uda się Wam inaczej spojrzeć na swój związek, w który wkradła się niepostrzeżenie szara codzienność :)